Ostatnio jakoś urwał mi się blogowy wątek.
Dlatego zmieniłem wygląd na początek.
W ramach wsparcia akcji Pink for October przemalowałem gościa na różowo.
Pink for October
Olga & Bundespraesident
Muszę pochwalić się moim dzieckiem. Moja kochana córeczka Olgita potrafiła się zachować w wyjątkowej sytuacji.

Wczoraj pan Bundespräsident Köhler wizytował jej szkołę. Dzieci w mundurkach szkolnych tworzyły szpaler, którym prezydent wchodził do szkoły. Kiedy mijał moje dziecko, Olga zawołała – „Panie prezydencie!”. Pan prezydent zatrzymał się i porozmawiał z nią chwilę. Powiedziała mu (najczystszym niemieckim), że jej babcia tańczyła z prezydentem Polski, a teraz ona chciałaby porozmawiać z prezydentem Niemiec, i że jest Polką i mieszka w Niemczech. „Jak ci się żyje w Niemczech? ” – spytał prezydent. „Jak u pana boga za piecem”. Tak mu powiedziała. Dodała jeszcze, że pozdrawia go w imieniu swojej rodziny.
Tak oto moje dziecko w przeciwieństwie do polskiego rządu i prezydenta zadbało o poprawę stosunków polsko-niemieckich. Jestem naprawdę z niej dumny, z paru powodów, po pierwsze, że nie przyniosła wstydu rodzinie, Polsce, szkole, że wiedziała, co powiedzieć do pana prezydenta. Że w przeciwieństwie do pani minister Fotygi powiedziała coś pozytywnego o Niemczech, że nie wszyscy jesteśmy bandą zawistnych frustratów.
I niech nikt nie myśli, że jest to wyraz lizusostwa, czy totalnego zniemczenia naszego dziecka. Nie tak dawno ta sama dziewczynka zgasiła osobę nadmiernie entuzjazmującą się Niemcami. „Jak są tacy wspaniali, to czemu ich armia napadła i zniszczyła mój kraj?”.
A żyje nam się, jak to na obczyźnie, lekko na pewno nie jest, ale jak widać, dziecko jest zadowolone, czyli nie jest aż tak strasznie chyba.
Jeszcze dwa słowa o samej bohaterce – ma osiem lat, mówi biegle trzema językami, po polsku (tak dobrze, że jak byliśmy dwa lata temu w Polsce, nikt się nie połapał, że to dziecko bywa w kraju najwyżej raz na rok), po niemiecku (jak Niemka, nauczyła się w przedszkolu, na podwórku i z telewizji) i po hiszpańsku (mówi, że w tym języku rozmawia jej się najfajniej, po hiszpańsku pisze swój pamiętnik). I co ciekawe, żaden z tych języków nie jest dla niej obcy, w tym, znaczeniu, że każdego używa na codzień, nie przekłada z jednego na drugi. Z koleżankami rozmawia raz po hiszpańsku, raz po niemiecku, jak jest im wygodniej.
W nagrodę obiecałem jej, że pójdziemy do restauracji, gdzie podają najlepsze sushi w całym Asuncion, bo moje dziecko tak uwielbia sushi, że o nim śni. Parafrazując poetę, mogę napisać – wyhodowaliśmy nową odmianę dzieci, na jawie i we śnie marzą o sushi i ipodzie zupełnie jak inne dzieci.
Los Logos

Nie za długo jeszcze bywam w świecie WordPressów (chociaż mój oryginalny blog ma ze dwa lata – i dziesięć wpisów), a już zaczyna mnie coś prześladować. Za często patrzę na logo WordPressa bo na ulicy wszystkie Volkswageny zdają się blogować i o blogowaniu przypominać.

Czyżby jakiś spisek? Tajne powiązania? No ale przecież najpopularniejszym produktem Volkswagen AG jest curry wurst z przyzakładowej masarni.
Dengue dengue
No to mamy prawie epidemię dengi. Przynajmniej oficjalnie. Denga to choroba typu malarycznego roznoszona przez komary. Ma dwie główne wersje – wersja zwyczajna – nie jest groźna, objawami przypomina grypę, trzeba leżeć w łóżku, brać aspirynę, dobrze się odżywiać i przeczekać. Gorsza jest jej postać krwotoczna – jak mówią tutaj dengue hemorragico. Jak jej nazwa wskazuje – wywołuje krwotok, często śmiertelny.

Tego lata (teraz na tej półkuli jest środek lata – średnia temperatura powyżej trzydziestu stopni), które wskutek efektu El Niño jest dość deszczowe i wilgotne – komary rozmnożyły się nadzwyczaj, a wraz z nimi denga. Kilka osób już zmarło, w tym nawet jeden lekarz. Prezydent Nicanor nie mógł tego tak zostawić. Dlatego ogłosił dzień dzisiejszy – Narodowym Dniem Walki z Dengą. Wszyscy urzędnicy państwowi i inni pracownicy firm państwowych nie przyszli dziś do pracy. Ich zadanie na dziś – walka z zarazą. Utworzono specjalne brygady, które od rana niszczą wszelkie możliwe wylęgarnie komarów. A że Asuncion to miasto, gdzie jest mnóstwo parków, zieleni, basenów i zapuszczonych podwórek (napisałby patiów ale nie wiem, czy to poprawnie).
Brygady mają za zadanie kontrolę ulic i domów, i likwidację wylęgarni, powinni dotrzeć do dwóch milionów mieszkańców. Póki co widzę, że ulica Trinidad jest czyściutka jak nigdy, ludzi na ulicach mniej jakoś, w shopping centro – pustki, a w pracy jestem sam w ogromnym budynku (nie licząc strażników). Nasze mieszkanie też zostało opylone, wszyscy zdrowo opryskani, spirale się palą dzień i noc (nie wiem, czy są skuteczne – dziecko ma świetną zabawę) Jesteśmy uzbrojeni po zęby, mamy repelenty, aerozole, specjalne pastylki powbijane do kontaktu i się nie dajemy.
Denga to dziwna choroba, nie jest to takie świństwo jak malaria, nie trzeba brać żadnych lariamów, czy innych dziwnych lekarstw, leczy się objawowo. Co ciekawe była już uważana za zwalczoną, ale wskutek postępującej deforestacji Ameryki Południowej powróciła i przeniosła się wraz z komarami do miast, więc każde lato w Asuncion denga to temat główny w mediach, biurach i na ulicy. O dengue można przeczytać tutaj po angielsku i portugalsku i tutaj po hiszpańsku.
EDIT: Właśnie pojawił się w biurze pewien Paragwajczyk. Spytałem, czemu nie walczy z dengue. Powiedział, że walczył ofiarnie już rano i się nawalczył, teraz ma pilną robótkę do zrobienia, to nie walczy, niech inni powalczą. No to ile komarów zabił? Powiedział, że zabił jednego i sie przyczaił, potem przyszła jego rodzina (znaczy się komara) na velorio, to zatłukł rodzinę, a potem przyszła rodzina rodziny i też je zatłukł… no tak z milion będzie lekko licząc. Dzielny i sprytny jest naród paragwajski.
Pan Czytelnik
W artykule, który zrobił się już tak sławny, że aż wymiotny jest takie zdanie (a właściwie trzy zdania):
Dla premiera to mniej więcej środek dnia, który zakończy się dwie – trzy godziny po północy. Czeka go jeszcze lektura wieczornych raportów dziennych, kilka spotkań i potwierdzenie harmonogramu na jutro. Na sam koniec, już w domu, lektura dokumentów lub książki.
Lektura książki! Akurat! Człowiek, który nie potrafi się gramtycznie wysłowić i popełnia błędy ortograficzne, pozuje na takiego intelektualistę. Już go widzę. Wieczorami na pewno brandzluje pilotem po kanałach i czochra swoje orzeszki.
A poza tym bardzo mi się podoba określenie wieczorny raport dzienny – powinno być wieczorny raport ranny albo nocny raport dzienny, czy jakoś tak.
Kapuściński
Naprawdę, tego się nie spodziewałem. Przecież nie był jeszcze taki stary. Jeszcze niedawno jeździł na różne konferencje, zabierał głos, komentował, odbierał nagrody… i już go nie ma. Bardzo ważny człowiek. Nauczył mnie patrzeć i rozumieć władzę, ludzi nią opętanych. Pokazał jak szaleństwo, demencja władcy może odbijać się w rządzonym kraju, jak w studni. Pamiętam, jak z wypiekami na twarzy czytałem Imperium w Gazecie Wyborczej. Przed wyjazdem do Sierra Leone czytałem Heban, na długo utkwiły we mnie różne afrykańskie sceny. Na przykład ta przy pomniku Męczenników za Wolność Ghany, chyba wszystkiego z sześciu poległych i pytanie do Kapuścińskiego, czy za wolność Polski też ktoś poległ… Taki właśnie jest świat, tysiące różnych punktów odniesienia, tysiące spraw, za które warto umierać, a które maleją, rozmywają wprost proporcjonalnie do pokonanej przestrzeni.
Mógł jeszcze trochę pożyć, mógł w końcu napisać Heban o Ameryce Południowej, przecież był tutaj w 2000 czy 2001 roku, podobno właśnie po to, by zbierać materiały, odświeżać wspomnienia i wydarzenia, które tylko tutaj ludzie pamiętają.




